Bajka o sarnie

W lesie było ciemno, ciepło-wilgotno. Pachniało.
Cicho nie było, tu coś trzasnęło, tam coś szeleściło.
Gdy biegła, słyszała dźwięk wydawany przez kopyta.
Za drzewami widać było przejaśnienie. Tam się skierowała.
Była rozpędzona, gdy wyskoczyła z lasu, prosto na drogę.

Samochód też był rozpędzony.
Sarna wbiegła w światło reflektorów i w ułamku sekundy została potrącona.
Uderzona, upadła.
Samochód się zatrzymał.
Sarna leżała na boku.
Z nozdrzy sączyła sie krew.
Była mocno poobijana, nie mogła stanąć na nogi.

Podeszli ludzie.
Próbowali pomóc, pogłaskali. Obmacali jej nogi, sprawdzili nozdrza.
Sarna patrzyła, widać było ból w oczach.
Ludzie zadzwonili gdzieś.
Czekali.
Przyjechał radiowóz.
Rozmawiali.
Kłócili się.
Krzyczeli na siebie.
Pewien człowiek w końcu podszedł do sarny.
Trzymał w dłoni coś ciemnego.
Huknęło.

Zastrzelił sarnę.
Okazało się, że nie ma w pobliżu weterynarza, który może zwierzę zabrać.
I tyle.